29
To były najcięższe trzy dni. Nie wiedziałam kiedy mija 45 minut lub 4 godziny, słyszałam jedynie szum narzędzi malarskich i rysunkowych, czułam coś nieokreślonego kiedy już przestałam dygotać i fizycznie zdolna byłam do stania na dwóch nogach z jednoczesnym trzymaniem pionowej postawy. Jakoś przetrwałam, te dłużące się przerwy i męczące wieczory bez snu. A przecież padam na pysk.
Nie byłoby jednak do śmiechu gdyby nie cała otoczka każdego dnia. Rozmawiając, nikt nie wiedział z kim prowadzi dyskusję. Zapomnieliśmy wszyscy co znaczy kultura i dobre wychowanie. Jedni bardziej, w końcu złośliwe wylewanie brudnej wody na pracę nie świadczy dobrze o interesancie, na szczęście spotkałam tylko tych, którzy zapominali się przedstawić i zapytać o imię, czy imienia w ogóle.






Najlepszy z tego wszystkiego był chyba hotelik. Pokój nr 16, jednoosobowa klitka o ciężkim, wilgotnym powietrzu, urywająca się podłoga, wilgotne wszystko czego dotkniesz, chociaż suche zdawało się być. Czułam się jak u Dostojewskiego w książce. W dodatku cudowni panowie portierzy. Posiwiali, długie włosy, cudne stare okulary i ten kot pręgowany miauczący po 22, bo jeść. Cud!






Nigdy nie bywałam w Łodzi na dłużej, jedynie przejazdem. Nie mogłam się nadziwić, że ludziom Łódź się nie podoba, że brzydko. Idąc na przystanek tramwaju nr6, jadąc przez Północną, idąc Piotrkowską, wszędzie! widać te same zombie postaci, te same powykrzywiane twarze ludzi przepitych, poległych na polu bitwy gdzieś między pijaństwem a więzieniem, więzieniem a wybawieniem. Nie są ani kontrastem, ani zlewającym się dodatkiem dla tła- tło też ledwo na nogach się trzymające, a jednak opowiada swoją historię. Nie musisz pytać.





Teraz najgorsze czekanie. Jeszcze 22h 25 min i będę wiedzieć.
P.S. Do Łodzi tez docierają wiadomości i wiemy, że Elvis żyje. Tfu, Jackson miał zawał.